Soundrebels z wizytą w Nautilusie

Bez względu na obecną, śmiało można powiedzieć perfidną zabawę w podchody Ministerstwa Edukacji Narodowej z samorządowcami realizującymi ich postanowienia, jedno jest pewne, jesteśmy tuż po półmetku sezonu wakacyjnego. To zaś w moim, lekko skażonym syndromem kontrolowanego ADHD przypadku oznacza, iż bez względu na notoryczny brak czasu w celach psychicznego resetu co parę tygodni ląduję w innym zakątku Polski. Oczywiście zawsze zabieram ze sobą zestaw młodego fotografa, by w przypadku zaliczenia jakiejś ciekawej, naturalnie zgodnej z profilem naszego portalu prezentacji, móc to udokumentować i w kilku zdaniach zrelacjonować. Taki też zaczyn miała dzisiejsza relacja z niezobowiązującej wizyty w grodzie króla Kraka, u stacjonującego tam doskonale nam znanego Nautilusa.

Jaki był cel tej wizytacji? Nic specjalnego, ot raczej luźne, aniżeli dogłębne rzucenie uchem na zestawione w dwóch pokojach odsłuchowych konfiguracje sprzętowe. Jednak jak się potem okazało i od czego rozpocznę mój tekst, nie był to jedyny ciekawy punkt programu, gdyż w jednej z sal – dokładnie mówiąc ulokowanej na parterze, profesjonalnie zaadaptowanej mekki audio-maniaka – w stosunku do zeszłorocznej wyprawy na prezentację nowo zremasterowanej płyty Marka Bilińskiego zaszły znacznie zmiany w kwestii akustyki. Mianowicie boczne ściany zostały poddane mocno wpływającej na propagację fal dźwiękowych korekcie. Jednak nie były to drobne, zazwyczaj niewiele dające w ostatecznym rozrachunki ruchy typu tu i ówdzie dorzucenie jakiegoś dodatkowego ustroju akustycznego, tylko nadanie im całkowicie innego wymiaru jakości. Co więcej, jakości sonicznej i co ważne wizualnej. Przybliżając nieco owe zmiany, obecnie mamy do czynienia z czymś w rodzaju imitacji morskich fal. Łatwizna? Z pozoru wydaje się taką być, jednak jak to zwykle bywa, diabeł tkwi w szczegółach. Otóż z rozmowy z właścicielem wiem, iż była to droga przez mękę z w pewnym momencie wiszącą w powietrzu decyzją porzucenia projektu przez wykonawcę włącznie. Chodzi o to, że nie jest to li tylko poste odwzorowanie kilku płynnych, ustawionych wertykalnie łuków patrząc na nie en face, tylko powielenie tego motywu zerkając na całość lekko z boku, determinując tym sposobem różną, trzeba przy tym pamiętać, że różną wysokość każdej łukowato uformowanej sklejki w zależności od wysokości imitowanej w danym momencie fali, co wymagało od wykonawcy nie tylko wiedzy w danym temacie, niewątpliwych umiejętności realizacyjnych takiego przedsięwzięcia, ale również dużej determinacji. Jednak to nie koniec zabawy w sferze tego zadania, gdyż aby tego było mało, projekt opisywanych paneli w celach wzmocnienia ich wpływu na akustykę sali optował za specjalną, niestety dostępną jedynie za granicą, strukturalną farbą, co w konsekwencji oprócz dodatkowego korygowania szkodliwych odbić, podniosło również bardzo ważny dla wielu z nas aspekt odbioru wizualnego. Jakie są tego efekty? Co do realnego wpływu na dźwięk ze swojej strony mogę powiedzieć, że jest znacznie, znacznie lepiej, gdyż pomieszczenie nie jest już przetłumione, co pozwala muzyce znacznie łatwiej zbudować fajny efekt 3D, a o to przecież finalnie nam chodzi. Niestety jedynym sposobem na weryfikację, czy opisana metamorfoza spełnia obecnie również Wasze oczekiwania, jest osobista wizyta w salonie, do czego oczywiście zachęcam.

Jak można było się spodziewać, po opisanych przez właściciela salonu perypetiach nie mogłem zrobić nic innego, jak zasiąść w opisanym przed momentem, oferującym znacznie wyższą od ostatniej wizyty jakość kreowania świata muzyki, salonie na parterze i spontanicznie zainicjować sesję odsłuchową. Ku mojej uciesze zastałem tamże system oparty o już nieprodukowane, co nie zmienia faktu, że nadal świetnie grające kolumny Dynaudio Evidence Temptation, napędzane elektroniką Accuphase. Nie będę przelewał na klawiaturę minuty po minucie przeżytych z tą konfiguracją doznań, tylko zdradzę, że słuchając ich, w oku kręciła mi się przysłowiowa łezka. To było swobodne, zarezerwowane dla tego typu kolumn, czyli wysokich, opartych o wiele przetworników konstrukcji, granie. Bez najmniejszego poczucia siłowej prezentacji, tylko pełny oddechu wespół ze znakomitym wyważeniem nasycenia i rozdzielczości przekaz i to niezależnie od zadanego poziomu głośności. Zaprzęgnięta do tego pokazu elektronika Accuphase wydawała się być dla tych kolumn wręcz stworzona. Czy można lepiej? Jak zwykle w zależności od preferencji potencjalnego słuchacza pewnie tak i to ograniczając się nawet wyłącznie do oferty samego Nautilusa. Jednak należy pamiętać, że nawet to fantastyczne zestawienie przy ogromie portfolio japońskiej marki było przecież zasługą odpowiedniej konfiguracji, co udowadnia, iż panowie z Nautilusa doskonale wiedzą, co mają w ofercie i jak wycisnąć z tego maksimum możliwości.

Drugim muzycznym sanktuarium był nieco mniejszy, jednak równie dobrze zaadaptowany akustycznie pokój na piętrze. Tam jakby w zaplanowanej kontrze stał zestaw wykorzystujący drugą pozycję od góry najnowszej serii marki Dynaudio model Confidence 50. Temat elektroniki nie był już tak purystycznym, czyli wychodzącym spod przysłowiowej jednej ręki konglomeratem, tylko podobnie do pierwszego pokazu umiejętnie zestawionym, jednak tym razem, co znakomicie obrazują fotografie, miksem kilu firm z gramofonem w roli źródła. Efekt? Nieco inny. Równie ciekawy, by powtarzając się nie powiedzieć znakomity, ale inny. Powód? Owszem, trochę za sprawą konstrukcji formujących sygnał dla kolumn, jednakże dzięki osłuchaniu się z flagowymi produktami duńskiego specjalisty od zespołów głośnikowych typu Evidence Master i Confidence 60 wiem, iż w głównej mierze to efekt zaprzęgnięcia do pracy innego pomysłu na dźwięk. Chodzi mi o nowy sposób Dynaudio na wizualizację świata muzyki. Obecnie wyedukowani najnowszymi osiągnięciami w dziedzinie konstruowania kolumn słuchacze oczekują delikatnego, jednak co ważne, zrównoważonego akcentowania jej każdej składowej w celu wykonania kolejnego kroku ku zbliżeniu się do tętniącej energią, a przez to realnej prezentacji. To oczywiście podczas opisywanego odsłuchu znakomicie realizowała wspomniana seria Confidence, gdyż już od najcichszych poziomów głośności przekaz emanował fantastycznym timingiem i wigorem. Nic się nie narzucało, ani nie forsowało siłowego przyciągania słuchacza do kreowanych sesji nagraniowych, ale w stosunku do poprzedniego zestawu czuć było powiew zwiększenia pulsacyjności muzyki. To nie oznacza, że stare konstrukcje były beznamiętnymi, tylko w czasach ich świetności świat oczekiwał czego innego, co oczywiście obecnie dzięki umiejętnemu dobraniu systemu bez problemu z bliskim wynikiem do nowych serii, da się przearanżować. Chodzi jedynie o fakt, że w najnowszych odsłonach skandynawskich kolumn już w pakiecie startowym otrzymujemy zmniejszający nas dystans do prawdy o muzyce czynnik „X”, który jak artykułowałem, podczas mojej wizyty powodował mimowolne zafascynowanie żywiołowością odtwarzanej, dodam, że tym razem analogowej płytoteki.

Tak pokrótce wyglądała moja wizyta w krakowskim salonie Nautilusa. Jak wynika z powyższego słowotoku, przy początkowych planach dwóch, miała trzy odsłony. Pierwszą, okazała się być pełna pozytywnego zaskoczenia, najnowsza adaptacja akustyczna głównego pomieszczenia odsłuchowego. Drugą ciekawe spotkanie z dawnym brzmieniem marki Dynaudio. Zaś ostatnią pouczające zderzenie z nowym pomysłem Duńczyków na świat muzyki. Co odcisnęło na mnie największe piętno? Niestety z racji w moim odczuciu znaku równości pomiędzy miejscem odsłuchu i sposobu prezentacji starej i nowej szkoły grania potocznie zwanych „Dynek”, nie czuję się na siłach pozycjonowania wspomnianych tematów. Dlatego też wieńcząc nasze spotkanie nie pozostaje mi nic innego, jak spróbować zachęcić Was do odwiedzenia tytułowego salonu i wyrobienia sobie własnej opinii.

Jacek Pazio, Soundrebels

Fotorelację z wizyty można znaleźć na:
https://soundrebels.com/z-wizyta-w-nautilusie/